logo Sierpc online

Newsy | Ogłoszenia | Forum Dyskusyjne | Księga pozdrowień | Hyde Park Zaloguj się | Rejestracja

Co proponujemy:
O mieście
Historia
Kultura
Zabytki
Informator
Sport
Sierpeckie linki
Galeria zdjęć
Archiwum
Strona główna




Newsy Sierpc online
Komentarze | Dodaj własny komentarz Newsy Sierpc online

Percepcja kultury wysokiej

2020-08-04

Daleka czy bliska?

Nieistotna czy ważna? Anachroniczna czy ponadczasowa?

 (skrót odczytu na temat percepcji kultury wysokiej, zaplanowanego przez sierpecki Oddział Towarzystwa Naukowego Płockiego)

  

Zdaję sobie sprawę, że poruszam temat ogromnie szeroki i wielopłaszczyznowy - kojarzący się nawet nie z rzeką, a oceanem treści, opinii i przeciwstawnych prądów. Nie zdziwię się zatem, jeśli wśród tych, którzy zechcą zapoznać się z moją wersją i oceną współczesnej kultury, większość stanowić będą oponenci, sceptycznie nastawieni do tego, co myślę i piszę.

Chcę zastrzec, że mój tekst nie ma ambicji, ani formy należnej naukowemu referatowi, bo większość przytoczonych opinii i sądów - nawet jeśli opiera się na wypowiedziach, dokonaniach i pracach naukowych kompetentnych autorytetów - ma jednak charakter subiektywnej, a nie ostatecznie zweryfikowanej, refleksji naukowej. Można potraktować ją jako mikroelement debaty w naszej sierpeckiej i polskiej przestrzeni publicznej albo jednorazowy event z dyskursem o kulturze. Z jednej strony wypowiadam się z perspektywy animatora i społecznika, mając za sobą doświadczenia wielu imprez kulturalnych organizowanych w środowisku lokalnym, z drugiej zaś jako humanista i czynny obserwator dynamicznych przemian cywilizacyjno-kulturowych w Polsce i na świecie, które dzieją się na naszych oczach i dotykają również obszaru kultury.

Moje rozumienie "kultury wysokiej" odbiega od tradycyjnej semantyki i metodologii tego pojęcia, ponieważ wbrew utartym definicjom i podziałom wychodzę z założenia, że kultura jest jedna - może być jedynie lepsza lub gorsza, ewentualnie najlepsza lub najgorsza z możliwych. W przypadku gdybyśmy chcieli interpretować ją jednak w kontekście pojęć alternatywnych, a często opozycyjnych względem siebie, wtedy pojawia się dodatkowa trudność w postaci całej gamy odmian i odcieni - kultury masowej, ludowej, popkultury, rozrywki, show-biznesu, czy też ponadnarodowego miksu w postaci globalnego multiculti. Wydaje mi się, że uwikłanie się w formalne niuanse i wielość odniesień nie wnosi nic nowego w kontekście kondycji samej kultury, bo pod tym kątem, jak wspomniałem przed chwilą, istotna jest tylko jej "jakość" lub "bylejakość".

Kulturę wysoką, którą według klasycznej definicji tworzą trzy główne dziedziny twórczej kreacji - sztuka, literatura i filozofia - rozumiem właśnie jako tę lepszą, szlachetniejszą, wartościowszą, mającą uniwersalne i ponadczasowe właściwości. Tylko ona poprzez swój dorobek ideowy i teksty kultury potrafi oddziaływać na odbiorców klasycznym katharsis, samodoskonalącym oczyszczeniem z "szarości dnia powszedniego" - zarówno w relacji artysta-odbiorca, jak i odwrotnie. Ten semantyczny schemat pokazuje ważny mechanizm oddziaływania kultury wysokiej, która najpierw zachwyca całe pokolenia odbiorców, potem inspiruje kolejnych artystów, a następnie oddziałuje na kolejne pokolenia, dzięki czemu - i to jest wartość nie do przecenienia - wszyscy uczestnicy kultury stają się mimowolnie lepsi i piękniejsi na zewnątrz, ale jednocześnie bardziej kreatywni wobec samych siebie - zdolni do autorefleksji i samodoskonalenia.

Tę rolę i misję kultury zdefiniował wprost nasz papież Jan Paweł II w liście do polskich twórców z kwietnia 1999r., pisząc, że potrzeba nam nie tylko hutników, lekarzy i nauczycieli, ale też artystów, którzy potrafią wydobyć piękno i kształtować naszą wrażliwość.

Niewątpliwym paradoksem jest fakt, że w świecie ekspansywnej technologii i cywilizacji XXIw., im bardziej i mocniej rola kultury wysokiej jest niedostrzegana i deprecjonowana przez wielu laików i dyletantów, tym bardziej okazuje się dla nas kluczowa i nieodzowna. Dobrze ilustruje to i uzupełnia cytat uznanego klasyka - niemieckiego filozofa Martina Heideggera, który już wiele lat temu zwrócił uwagę na fakt, że chociaż rozwój nauki i techniki pokonał wszystkie oddalenia, to jednak w zamian nie wytworzył żadnej bliskości. Musimy więc tworzyć i pielęgnować tę bliskość sami - i to jest właśnie fundamentalne zadanie kultury, bez którego stajemy się dla siebie coraz bardziej obojętni i obcy.

Łącząc trzy tytułowe i analityczne pytania w jedno, warto posłużyć się fragmentem wystąpienia, jakie miało miejsce podczas lubelskiej konwencji o kulturze wysokiej w 2005r. z udziałem wielu intelektualistów, ludzi nauki i kultury oraz duchownych wielu wyznań i religii:

Czy jest nam potrzebna kultura wyższa? Równie prowokacyjnie można zapytać, czy jest nam potrzebna do czegoś muzyka Mozarta, poezja Miłosza czy arcydzieła, które oglądamy w muzeach. Ostatecznie można sobie wyobrazić świat, w którym wszystkie muzea są zamknięte, jakieś odgłosy "perkusyjnopodobne" dochodzą z włączonych głośników, a wszyscy siedzą przed telewizorami, oglądają kolejny serial i nasłuchują plotek o sąsiadach. Taka wersja rozwoju kulturalnego jest - niestety - prawdopodobna. Nie daj Boże, ale jest to wariant ontologicznie możliwy. Ufam, że nie pójdziemy w tym kierunku. Nasi praprzodkowie sprzed 30 tysięcy lat zdobili jaskinie w Cro-magnon dziełami sztuki. A więc jednak mieli wyczucie estetyki, wykraczania ponad to, co bezpośrednio ich otaczało, a także poszukiwania transcendencji, ku której prowadzi sztuka.

   Biorąc pod uwagę powyższy kontekst dziedzictwa, historii i tradycji, pytanie i związane z nim dylematy poruszone przez ówczesnego, a dziś śp. abpa J. Życińskiego można traktować z pełną oczywistością jako retoryczne i bezdyskusyjnie jednoznaczne. A zatem kultura powinna być ważna i bliska, a jej wartość w każdym względzie ponadczasowa. Ale rzecz zastanawiająca i nieco szokująca - zmieniając tok myślenia z tego, "jaka być powinna", na ten "jaka jest" - odpowiedź nie jest już tak oczywista i jednoznaczna.

Powyższa konstatacja wynika przede wszystkim z dramatycznie bezmyślnego przewartościowania kultury jako takiej, tej najbardziej codziennej i użytkowej. Poddając nawet powierzchownej analizie jej jakość, chociażby w obrębie ogólnej debaty publicznej, politycznej, czy też społeczno-obyczajowej, biorąc pod lupę poziom zachowania w miejscach publicznych, relacje interpersonalne (zawodowe, prywatne, rodzinne, męsko-damskie), w dalszej kolejności naszą komunikację  werbalną,  aż po kulturę na drodze czy sposób parkowania pojazdów, można, niestety, trochę się martwić, bo widać wyraźnie postępujący regres i upadek. Czy zatem systematyczne "pauperyzowanie" klasycznie pojmowanej kultury i zastępowanie jej komercyjną atrapą rozrywki pozbawionej cnót tej pierwszej nie zaprowadzi nas na coraz bardziej dzikie i zdehumanizowane manowce, gdzie chorobą równie groźną co chiński koronawirus może być dżuma obojętności na ponadczasowe i uniwersalne wartości oraz pogarda wobec prawdy, dobra i piękna, a w efekcie wobec nas samych?

Myślę, że warto poważnie się zastanowić i zapytać, jak daleko odeszliśmy współcześnie od klasycznej, Arystotelesowskiej koncepcji kultury, w której przez wieki, właściwie aż do dzisiaj i teraz,  kontemplowanie sztuki pomagało człowiekowi odpowiedzieć na zasadnicze, egzystencjalne i metafizyczne pytania - po co żyć i jak żyć. Te dwa drogowskazy dla ludzkich myśli i działań, dziś często nieobecne albo świadomie pomijane w tym, co nazywamy kulturą komercyjną lub podobną, to właśnie fundamentalne znaki rozpoznawcze kultury przez duże "K", które pozwoliłem sobie w tym miejscu przypomnieć i zaakcentować. 

 Dorobek i spuścizna kultury wysokiej są ważne nie tylko w postaci skatalogowanych dzieł sztuki i antologii artystów, ale przede wszystkim w postaci przetworzonej przez nas samych. To jest właśnie niezwykle istotna wartość dodana kultury, jej "siła fatalna" która, idąc za filozofią "Testamentu" Słowackiego,  zjadaczy chleba zamienia w aniołów. Ale czy jest ona jeszcze dzisiaj komuś potrzebna?

Nieśmiało można odpowiedzieć, że jest potrzebna, odważnie, że jest niezbędna. Bez kontemplacji Hamletowskiego być albo nie być, bez refleksji nad maksymalizmem Mickiewiczowskiego Konrada, nad przesłaniem Herbertowskiego Pana Cogito, absurdem Beckettowskiego Czekania na Godota, rozpaczą i nadzieją Chopinowskich nokturnów, proroczą wizją Procesu Kafki czy Huxleyowskiego Nowego wspaniałego świata, bez zadumy i zachwytu nad dziełami Rubensa, Mozarta czy Michała Anioła pozostaje jedynie dość kiepska alternatywa - możemy albo oszaleć przez te oczy zielone, albo w akcie miłosnego upojenia polewać się szampanem w "skądinąd Bogu ducha winnym, Zakopanem.

Żeby być dobrze zrozumianym - nie ironizuję i nie krytykuję, w ten sposób podkreślam jedynie niepokojące  dysproporcje w różnorodności oferty w sferze kultury współczesnej, która, cytując prof. Lucynę Kopciewicz (odwołującą się z kolei do teorii francuskiego postmodernisty, filozofa i socjologa kultury Jeana Baudrillarda) na naszych oczach staje się perwersyjnie "zmysłowa i uwodzicielska, pokazując jedynie zewnętrzne i ulotne piękno, a jednocześnie zacierając ustalone podstawy interpretowania świata i wymazując całkowicie ich znaczenie".

W podobnym tonie wypowiadał się w przeszłości Tomasz Elliot, twierdząc, iż większość twórców kultury zajmuje się głównie zaspokajaniem, a nie kształtowaniem gustów odbiorców. Potwierdzeniem jego teorii są chociażby przeobrażenia współczesnego teatru, który z symbolicznego sacrum przeistoczył się w komercyjny dom rozrywki, zastępując chwile kontemplacji i refleksji oglądaniem trywialnych scen najczęściej o podtekście seksualnym, upstrzonych dość niewybredną satyrą i ulicznymi epitetami, ale w zamian za aplauz wypełnionej po brzegi widowni i opróżniony z chipsów, orzeszków i popcornu teatralny barek.   

Na przestrzeni ostatnich lat ważny głos w kwestii kryzysu kulturowego należał też do sir Rogera Scrutona, zmarłego w tym roku angielskiego filozofa i teoretyka kultury. Będąc kontynuatorem i propagatorem teorii Oswalda Spenglera, słynnego niemieckiego kulturoznawcy i filozofa, łączącego upadek kultury z negatywnym wpływem rozwoju cywilizacji, Scruton prezentował konserwatywny pogląd, w dobie obecnej wyraźnie marginalizowany i deprecjonowany, ale  mi szczególnie bliski, który rolę i znaczenie kultury uzależniał od jakości dwóch innych dziedzin, mianowicie edukacji i religii.

W największym uproszczeniu, zarówno edukacja, jak i religia, choć operują różnym zestawem form, narzędzi i technik oddziaływania, stanowią jedno wielkie i niezastąpione laboratorium ludzkich doświadczeń społecznych, etycznych, estetycznych, filozoficznych czy intelektualnych, dzięki którym potrafimy otwierać się na kulturę, by tą drogą doskonalić swoją indywidualną i zbiorową osobowość, swoją tożsamość, swój humanizm. Według mnie rodzi to konkretną i oczywistą implikację - jeśli nie będziemy do tego zdolni, nasz świat prędzej czy później zamieni się w jałowy, całkowicie pasywny, bezideowy, bezrefleksyjny i dowolnie relatywny step kulturowy. Mamy zatem zależność wprost proporcjonalną - im wyższa jakość edukacji i religii, tym wyższy poziom kultury i odwrotnie.

Odnosząc te reguły do naszej rzeczywistości, dostrzegamy wyraźny regres w obrębie wszystkich wymienionych dziedzin. Z pewnością przyczyniły się do niego negatywne skutki rewolucji informacyjnej i medialnej. Pojawienie się komputera i Internetu doprowadziło do potrójnej dysocjacji naszych zmysłów - rozpraszania ucha, rozpraszania oka, a w efekcie rozpraszania myśli i wrażliwości. Nieustanny szum informacyjny zakłócił i wręcz sparaliżował umiejętność różnicowania, porządkowania i interpretowania informacji, a przez to zdobywania wiedzy o świecie i człowieku. Bierne korzystanie z mediów, co obserwuję bezpośrednio u kolejnych roczników uczniów, a przecież dotyczy to także ludzi dorosłych, prowadzi do masowego "programowania ignorancji" wynikającego z przyjmowania jedynie atrakcyjnej wizualizacji - bez najmniejszej próby podjęcia trudu analizy i autorefleksji. Kultura wyższa, która wymaga przygotowania i wysiłku, w tym kontekście jest mało atrakcyjna, bo jest "za trudna". Edukacja i religia nie pomagają jej zrozumieć, bo same są chore z innych względów.

Współczesna edukacja, gotowana wielokrotnie jak bigos w tyglu pseudoreform i skoncentrowana posłusznie na praktyczności wiedzy i jej związkach z codziennym życiem, charakteryzuje się tym, że treści klasycznej, ogólnoludzkiej kultury są w niej pomijane albo marginalizowane. Jak podkreślają gorzko ludzie kultury, po co uczniowi znajomość arcydzieł literatury rodzimej i światowej, muzyki, architektury czy malarstwa, skoro liczy się tylko użyteczna wartość wiedzy? Absolwent ma więc spawać, murować, leczyć, uczyć czy rządzić. Nikogo to nie obchodzi, czy potrafi przy tym zastanowić się, czemu, komu i jak ma służyć dzieło jego pracy. W ten sposób rzekomy pragmatyzm współczesnych teorii i idei edukacyjnych, paradoksalnie, zamiast autentycznego rozwoju, przyczynia się do kulturowej erozji oraz dehumanizacji zawodów, a przez to innych dziedzin życia.

Podobną, moim zdaniem, słabnącą siłę oddziaływania na kulturę odgrywa współcześnie religia, chociaż Jan Paweł II przypominał, że "wiara, która nie tworzy kultury, jest wiarą niemą, niedostatecznie przeżytą i niedostatecznie przyjętą". Religia była w przeszłości nieograniczonym skarbcem inspiracji dla twórców i artystów, ale która w dużym stopniu, zarówno przez "winy własne", jak i ekspansywną laicyzację życia, obecnie traci wyraźnie rolę przewodnika, doradcy, tłumacza, mentora, erudyty i filozofa pomagającego człowiekowi we współczesnych, szalenie trudnych i skomplikowanych,  egzystencjalnych i eschatologicznych poszukiwaniach. Chrześcijański archetyp poświęceń i wyrzeczeń (dla idei, dla wartości, dla ojczyzny, dla bliźniego), tak wyraźnie obecny w kulturze tradycyjnej, stał się anachroniczny i mało konkurencyjny w zestawieniu ze "złotym runem" naszych czasów.

Inna grupa zjawisk destrukcyjnych wynika z negatywnych skutków globalizacji i wymieszania kultur. Zniszczone albo pomieszane autorytety, normy i wzorce, a z drugiej strony bardzo zróżnicowany poziom odbiorców sztuki, połączony z ich antykoncyliacyjnym podejściem społecznym powoduje, że kultura dzieli się na szereg mniejszych multikulti, przez co jej rola w budowaniu zbiorowych więzi ogranicza się niemalże do zera.

Podsumowując, żyjemy w świecie wielkich możliwości, ale i wielkich wymagań. To świat, od którego można bardzo dużo zyskać, ale by zyskać, musimy być przygotowani do stałego wysiłku, koncentracji i świadomości celów nadrzędnych. Nie powinniśmy, zaślepieni możliwościami, przyjmować wszystkiego, co nam proponują inne kultury, tylko odpowiedzialnie czerpać te elementy, które mogą wzbogacić naszą. Nie możemy wstydzić się i wyrzekać własnej tożsamości kulturowej, bo w niej - jak to ujął zmarły przed kilkunastoma laty Jerzy Duda Gracz - "są nasze linie papilarne, niepowtarzalne w tym, co dobre i złe".  O tym trzeba bezwzględnie pamiętać, a słowa Tomasza Raczka o tym, że nic już "nie jest ani wysokie, ani niskie, bo wszystko jest masowe", trzeba jednak poddać dogłębnej i przemyślanej refleksji. Bo czy na przykład produkcję typu "Zenek" obejrzą wszyscy koneserzy filmu, a "Carmen" Bizeta zobaczą wszyscy miłośnicy muzyki disco polo? Raczej ani jedno, ani drugie. Masowość, oznaczająca dzisiaj głównie łatwość dostępu,  nie przekłada się w żaden sposób na jakość budowanych więzi i dóbr kultury przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Liczba odsłon na YouTubie niekoniecznie przekłada się na wartość tekstu kultury.

Wydaje mi się, że w zakończeniu tego ciągu rozważań warto przywołać jeszcze kontekst lokalny i zastanowić się, jak te dylematy, antynomie czy paradoksy kultury funkcjonują w zbiorowościach gmin, powiatów i małych miast. Według moich obserwacji i doświadczeń, tu percepcja kultury, oczywiście w wielkim skrócie i uproszczeniu, zamyka się w powtarzanym wielokrotnie przez samorządowców stwierdzeniu, że samorządy lokalne - podobnie jak w przypadku edukacji - "do kultury muszą dokładać". Jeszcze nigdy nie słyszałem, ewentualnie nie przeczytałem, żeby jakiś samorząd chciał dokładać do kultury, nie mówiąc już o edukacji. Uważam, że to nie tylko stereotypowe, wynikające z pragmatyki ekonomicznej, podejście do problemu, bo takie jest po części usprawiedliwione, ale znacznie groźniejsze zjawisko - świadomej, bądź nieświadomej - dysocjacji celów, priorytetów i wartości, które antagonizują potrzebę tradycyjnej kultury z potrzebami cywilizacyjnymi.

W efekcie wiele z podejmowanych działań to jedynie wątpliwej jakości atrapy, które z troską o rozwój i poziom kultury nie mają wiele wspólnego. Setki powielających ten sam schemat imprez plenerowych, konkursów, festynów czy festiwali, okraszonych grillem i piwem, są tego najlepszym przykładem. W tym kontekście z sarkazmem należy zauważyć, jak często  i chętnie lokalni celebryci pojawiają się na imprezach masowych, a jak rzadko i krótko na wartościowych imprezach z wąskim gremium odbiorców. Przykłady działalności sierpeckiego oddziału TNP czy też kolejnych edycji Narodowego Czytania są tylko pierwszymi z brzegu, a przecież trzeba przyznać, że władze miasta i powiatu na tle reszty stanowią i tak "primus inter pares".

   Reasumując, mając na uwadze alternatywność potrzeb i oczekiwań społecznych, nie można za każdym razem stawać po stronie nowej drogi, chodnika, parkingu, stadionu, basenu, wysypiska czy remizy strażackiej. Trzeba mądrej i przemyślanej strategii w skali makro i mikro, takiej, by rozwój cywilizacyjny szedł w parze z rozwojem kultury, a nie odbywał się jej kosztem. O tym nie możemy zapomnieć my wszyscy, dla których kultura jest ważna, bliska i ponadczasowa. Dlaczego i po co? Po to, abyśmy mogli -  jak zauważył były dyrektor Biblioteki Narodowej Michał Jagiełło - "na skomplikowane sprawy kraju, świata czy egzystencji ludzkiej spoglądać nie z pozycji rozjechanego przez autobus naleśnika, tylko żywego, głęboko zakorzenionego drzewa".



Ryszard Szymański






Komentarze do artykułu: brak komentarzy




Zauważyłeś błąd na stronie?

[x]
O nas | Napisz do nas ^^ do góry


Wszelkie materiały, artykuły, pliki, rysunki, zdjęcia (za wyjątkiem udostępnianych na zasadach licencji Creative Commons)
dostępne na stronach Sierpc online nie mogą być publikowane i redystrybuowane bez zgody Autora.